Rolling on the river

Mroźny luty, w głowie coraz cześciej pobrzmiewa znany refren piosenki „Proud Mary” (rozsławionej przez Ike’a i Tinę Turner):

Big wheels keep on turning,
Proud Mary keeps on burning.
Rolling, rolling, rolling on the river.

Znakiem tego nadszedł czas na spełnienie obietnicy z przed roku: wrócić nad Krutynię i wziąć udział w kolejnym Spływie Twardzieli.

Spływ ten – dziewiąty już z kolei – w tym roku odbył się w dniach 21-22. lutego. Pomysłodawcą pierwszego Spływu był Andrzej „Balon” Tarasiewicz – instruktor zasłużony dla giżyckiego klubu Płetwal. Andrzej zginął w wypadku w grudniu 1998 roku – począwszy od czwartej edycji, Spływ poświęcony jest jego pamięci.

Tak naprawdę przygotowania do Spływu zaczęły się wcześniej. Na długo przed imprezą prowadziłem agitację wśród znajomych, aby któryś z nich również wziął w niej udział. Moje wysiłki nie poszły na marne, gdyż ostatecznie w drogę z Krakowa do Wilkasów, gdzie w tym roku była baza Spływu, wyruszyło sześć osób: Dorota i Tomek Korbiel, Michał Zięba, Robert Majdosz, Iwona i jej mąż czyli piszący te słowa. Cała szóstka związana jest w jakiś sposób (począwszy od aktywnych członków na sympatykach skończywszy) z krakowskim klubem AKP Krab, więc stworzyliśmy zgraną paczkę.

Rozpiera nas energiaDroga na Mazury upłynęła dość szybko i bez większych niespodzianek, ekscesów czy też wypadków. Przez całą drogę w słyszałem w głowie: „Big weels keep on turning, …”.

Mając w pamięci ubiegłoroczną nocną przeprawę przez mgły – gęste niczym mityczne mgły Avalonu – wyruszyliśmy z Krakowa w piątek w samo południe. Jak się okazało decyzja ta była całkiem słuszna – na miejsce (do ośrodka AZS w Wilkasach) dotarliśmy o bardzo przyzwoitej porze czyli w sam raz na kolacje.

Aby wzmocnić w nas ducha przed czekającym nas następnego dnia wyzwaniem, postanowiliśmy wznieść toast ku czci nimfy zamieszkującej Krutynię. Wiadomo przecież nie od dziś, że każdą rzeką opiekuje się jakaś nimfa, która w rzece owej mieszka. Nie znamy niestety imienia tej boginki – niektórzy twierdzą, że nosi ona imię Krutynianka. W każdym razie, nimfie widocznie przypadł do gustu nasz toast, gdyż nie stroiła nam żadnych figli podczas Spływu, przeciwnie wielce nam pomagała nie pozwalając nam wpłynąć na mielizny, tudzież zatopione pnie zalegające zdradziecko pod powierzchnią wody.

Następnego ranka nadszedł ten długo oczekiwany dzień – dzień Spływu – w głowie już bez przerwy słyszę „Rolling, rolling, …”. Jak przystało na zamierzających ubiegać sie o miano Twardzieli, dzień rozpoczynamy od śniadania – prawdziwe śniadanie mistrzów (chociaż niektórzy psioczą, że kawa za blada, masło za twarde, …). Po śniadaniu pakujemy manatki i wyruszamy do Krutyńskiego Piecka – miejsce startu. Niektórzy wybrali jazdę własnym samochodem, a niektórzy wspólną podróż autokarem, aby we wzajemnym towarzystwie dodawać sobie otuchy i próbować sobie wmówić, że woda w lutym nie może być przecież aż tak zimna.

Na miejsca!W Krutyńskim Piecku załatwianie formalności, odbiór numeru startowego, wspólne zdjęcie jeszcze z uśmiechem na twarzach i czas wskakiwać w pianki. Dla niewtajemniczonych przytoczę fragment z regulaminu Spływu: „uczestnik w trakcie pokonywania wyznaczonej trasy spływu może być ubrany w skafander typ ‚mokry’. Zabrania się stosowania skafandrów innego typu”. Już w piankach – nie ma odwrotu – powtarzamy sobie w myślach znane motto nurków: „twardkim trza być nie miętkim”. Pamiątkowe zdjęcie dla prasy i sponsorów. Nadszedł czas – do wody.

Nasza czwórka – żeńska cześć naszej ekipy postanowiła się w tym roku ograniczyć do wsparcia duchowego dla płynących – weszła do wody wśród sześćdziesięciu jeden startujących. Pierwsze wrażenie: zimna a raczej lodowata woda w butach – czy na pewno chcę się położyć w tej wodzie? No cóż – dziewczyny patrzą – nie ma wyjścia: płyniemy. Zaczęło się: przed nami niezliczona ilość zakrętów w prawo jak i w lewo, odcinki wąskie i szerokie, płycizny i głębiny, trzy mosty – dwanaście kilometrów Krutyni. Niektóre źródła pragnące umniejszyć osiągnięcia wszystkich Twardzieli podają długość odcinka osiem kilometrów – podłość ludzka nie zna granic.

Rzeka przez początkowy odcinek trasy wije się malowniczo przez lasy. Człowiek pełen energii i zapału podziwia piękne krajobrazy i kamieniste miejscami dno usłane gęsto małżami. Na usta ciśnie się „Rolling, rolling, …”, jednak fajka w zaciśniętych zębach skutecznie niweluje wszelkie próby śpiewu. Pierwszy most – owacje i krzyki świadczące, że oni są z nami, że płyniemy nie tylko dla siebie.

Kolejny odcinek. Organizm zaczyna odczuwać zmęczenie. Płetwa lewa, prawa, lewa, prawa, … ręka prawa, lewa, … Niczym automat, prawie bez udziału świadomości – „Proud Mary keeps on burning …” – człowiek czuje się nieomalże częścią rzeki. Drugi most – wiwatujące tłumy (no, z tymi tłumami to może przesadzam) – damy radę.

Ostatni odcinek. Czy już mi zimno czy jeszcze nie? Czy to sitowie nie ma końca? Kolejny zakręt – zupełnie taki sam jak poprzedni – za nim następny podobny. Jak to było? Acha: „Rolling, rolling, rolling on the river”.

Słaniam się na nogachI oto jest. Trzeci most. Ukta. Koniec. Udało się. Jestem Twardzielem. Rzeczywiście jestem twardy – mięśnie zesztywniałe z wysiłku i od zimna nie pozwalają na samodzielne zdjęcie płetw. Jestem wdzięczny za pomoc we wstaniu na nogi. Na brzegu pocałunek od żony – jak stwierdziły dziewczyny: „Chłopaki mają namiętne usta” (efekt zimna). Gratulacje, pamiątkowe zdjęcia – jest cudownie – jestem Twardzielem.

Gratulacje od prezesaPiersiówka przekazywana z rąk do rąk, suchy ręcznik, gorąca herbata, grzaniec i ciepły bigos pozwalają dojść do siebie. Tradycyjny toast Twardzieli – szampan z masek – wprowadza podniosły nastrój. Nastrój ten szybko jednak ustępuje miejsca błogiej senności – powrót do ośrodka upływa w sennej atmosferze – aktywni są tylko kibice.

Wieczorne podsumowanie imprezy. Przeplatają się części oficjalne z nieoficjalnymi. Prezentacja sprzętu, podziękowanie gościom, sponsorom. To na co wszyscy czekali, wręczenie certyfikatów Twardziela, połączone jest z losowaniem nagród. Jako, że sponsorzy ufundowali cenne nagrody, emocje związane z losowaniem są niemałe. Każdy coś dostaje: począwszy od drobiazgów nurkowych, poprzez książki na skafandrach skończywszy. Zostają również wręczone dwie specjalne nagrody: Puchar Dla Najstarszego Twardziela oraz Puchar Dla Największego Twardziela – największym Twardzielem był uczestnik, który spędził w wodzie najwięcej czasu. Na zakończenie ceremonii odbywa się pokaz zdjęć ukazujących piękno mazurskich jezior spod lodu.

Zwieńczeniem dnia pełnego wrażeń jest Bal Twardziela. Można się zabawić w iście karnawałowy sposób. Stoły uginają się od jadła i napitków. Na parkiet kusi muzyka zachęcająca do tańca. Z żalem jednak muszę stwierdzić, że o ile jadło i napitki cieszą się ogromnym wzięciem, tak uciechom tańca oddają się nieliczni. Dobrze to podsumował jeden z gości: „za mało kobiet, za dużo wódki”.

W niedzielę zrezygnowaliśmy z kolejnej atrakcji przygotowanej przez organizatorów – z nurkowania pod lodem w zamarzniętym jeziorze – czekała nas jednak długa droga powrotna. Droga ta upłynęła nam równie szybko i przyjemnie jak podróż na imprezę. Przybywszy wieczorem z powrotem do Krakowa zakończyliśmy wielką przygodę jaką niewątpliwie jest udział w Spływie Twardzieli.

Na zakończenie chciałem podziękować organizatorom za możliwość wzięcia udziału w tej wielkiej przygodzie. Jestem im wdzięczny za to, że konsekwentnie podtrzymują wspaniały charakter tej imprezy. Chodzi mi tutaj o brak rywalizacji między uczestnikami – chociaż Krab ma mocną ekipę i mógłby skutecznie zawalczyć o laury zarówno indywidualne jak i drużynowe – liczy się zmaganie z samym sobą, z własnymi słabościami.

Życzę im aby kolejny Spływ – będzie to dziesiąty, jubileuszowy Spływ Twardzieli – był równie udany. Aby znów, gdy przyjdzie luty, niejednemu z nas w głowie brzmiało:

Rolling, rolling,
Rolling on the river.